sobota, 19 marca 2011

No to zaczynamy ^^

Ciekawe, jak z tym wszystkim wyjdzie... (z góry przepraszam za interpunkcję... jestem w tym chu*** :s)
Mam nadzieję, że moja książka ujrzy światło dzienne... w końcu głównie dlatego zdecydowałem się, na opuszczenie studiów. A jak się uda to...
to...
sam nie wiem D: będzie po prostu zajebiście :3
Aktualny stan książki to 255 stron, a docelowo jakieś 300. "Łał 45 stron zostało" mam nadzieję, że tak nie pomyślał nikt xP często piszę po 10 stron dziennie : D a do tego robię sobie ilustrację do książki ^^
no dooobra. niech będzie, że to koniec pierwszego posta... kijowo się zwierza do komputera xD
btw.
Udostępniam publice pierwszy rozdział Hodowcy ^^



Wreszcie przyjechała. Miałem już zupełnie dosyć czekania w ciemnej koszulce i długich spodniach, wystawiony na letnie słońce. Zastanawiałem się, czy człowiek może ot, tak po prostu zacząć się palić? Miałem wrażenie, że zaraz stanie się to ze mną.
Jedyną zabawą w czasie oczekiwania było wsłuchiwanie się w rytm przygnębiającej muzyki. Rozglądałem się przy tym wokoło, szukając czegoś, na czym mógłbym zawiesić wzrok. Padło na nieznajomą piękność, stojącą na jednym z przystanków. Może niedługo i ona zostanie moim celem?
Po ciągnącym się w nieskończoność czasie oczekiwania, przyjechał autobus. Krucza Gwiazda wyszła z niego krokiem, który dawał dziwne poczucie bycia gorszym. Rozsiewała jakąś plagę niższości.
- Nie ze mną takie numery... - szepnąłem sam do siebie. Mogła być sobie aniołem, lecz już znajdowała się w moich sidłach. W końcu to moja fucha. Gdy spojrzałem na nią, wydawała się być jeszcze piękniejsza niż na fotografiach, choć wcześniej zdawało mi się to niemożliwe.
- Cześć - powiedziała radosnym tonem.
- Hej - odpowiedziałem wesoło. - Myślałem, że się tutaj ugotuję... Ale mniejsza z tym. Chodźmy i nie każmy czekać naszemu szoferowi.
"Szofer". Dobre sobie. Nie ma to jak moja wyobraźnia. Jedynym luksusem, jaki posiadałem w tym momencie, były wakacje. Musiałem ściągnąć dziadka, by przyjechał po nas. Rodzice aktualnie byli za granicą, co mi nawet odpowiadało. Gdyby dowiedzieli się co robię i jak to jest niemoralne, chyba udusiliby mnie gołymi rękami... tuż po poćwiartowaniu i ugotowaniu dla znienawidzonego przeze mnie psa.
Wracając do dziadka...
Zmuszony był zaparkować dość daleko, gdyż nasze miasto jest wciąż przebudowywane. Aktualnie realizowany jest plan odnowy rynku, dlatego też całe miasto zostało przeorane, a ruch zmieniony w dość dziwny sposób.
Westchnąłem. Zawsze, gdy skądś odchodzę, nagle zmienia się to na lepsze.
Spojrzałem na Kruczą Gwiazdę. Zgodnie zaczęliśmy iść. Po drodze naprawdę dużo rozmawialiśmy, co chwila wybuchając śmiechem.
- A sugerowałaś, że po takich rozmowach będziemy się wstydzili do siebie odzywać - powiedziałem, uśmiechając się.
Tak, tak. Kochany papcio internet. Źródło dobrej zabawy w moim życiu. Kilka długich rozmów z Kruczą Gwiazdą mieliśmy już dawno za sobą, a niektóre z nich brzmiały raczej jak dobry film porno, niż dialog z osobą o takiej urodzie. Po chwili przeszliśmy już miejski park - jedyne miejsce, które lubię tutaj. Znacznie bardziej wolę naturę, niż szarość miasta, a tylko tutaj można było spotkać zieleń w tej dziurze.
Wkrótce dotarliśmy do samochodu.
Gdy weszliśmy do środka, dziadek jak zwykle okazał się być nad wyraz cichy. Zawsze mi to odpowiadało. Właściwie nie lubię wiele mówić, wbrew pierwszemu wrażeniu. Zazwyczaj zasypuję rozmówcę gradobiciem pozbawionych sensu i powiązania zdań. Często tylko ja rozumiem, co mam na myśli... O ile w ogóle to wiem. Tak naprawdę wolę jedynie podziwiać w milczeniu. Znalazłem więc odpowiednie miejsce w samochodzie. W lusterku widziałem Kruczą Gwiazdę. Pewnie nawet nie zauważyła, że na nią patrzyłem, jak również tego, że się uśmiechałem.
Gdy dotarliśmy do domu, babcia czekała już z obiadem. Wiecznie głodny, pochłonąłem całą porcję w czasie, gdy anioł grzebał jedynie widelcem w jedzeniu.
Rzuciliśmy sobie porozumiewawcze spojrzenia.
Po chwili uciekaliśmy już schodami na górę, do mojego pokoju. Braciszek jak zwykle siedział w swoim małym pomieszczeniu obok, wgapiając się w ekran komputera razem ze swoim kumplem.
Z laptopa sączyła się muzyka, jaką lubiła. Wsłuchiwaliśmy się mimo woli w jej rytm. Rozmawialiśmy przy tym, dopijając herbatę, a wkrótce wyszliśmy z domu. Miałem zaplanowany już niemal cały dzień.
- Często bywasz na wsi? - zapytałem ją, gdy jechaliśmy już rowerami.
- Raczej nie - odpowiedziała z nutą zawodu w głosie. - Chociaż czasami jeżdżę ze znajomymi na działkę... Ale to nie to samo - dodała po chwili namysłu.
- A jak Ci się podoba nasza wieś? - "zadupie" - dodałem w myślach, nadal się uśmiechając.
- Bardzo. Tu jest tak... cicho - powiedziała z nieudawaną fascynacją. - W mieście nie ma niestety takiego spokoju. - Tu wkradła się szczypta goryczy.
Dalej już jechaliśmy bez słowa. Pedałując, czasami zerkaliśmy na siebie, bezgłośnie mijając dziesiątki drzew.
Umówiliśmy się na piknik.
Przygotowywałem się do tego dwa dni.

Byłem zadowolony z efektów.
Wybrane przeze mnie miejsce na łące było idealne. Znajdowało się na samej granicy lasu, pięknie prezentując okalającą nas naturę.
- Dawno tu nie byłem... - mówiłem sam do siebie pochłonięty rozmyślaniami. - Chyba powinienem przyjeżdżać tu częściej - powiedziałem, wdychając głęboko powietrze.
Skinęła delikatnie głową.
- Powinieneś - potwierdziła, rozglądając się. - Tu jest pięknie - dodała z zachwytem.
Wpadłem na pewien pomysł.
- Idziesz ze mną? Chcę zobaczyć, czy ten stary staw nadal istnieje.
Kiedyś zamiast mojego sadu wszędzie rozpościerały się mokradła. Wiedziałem o tym, gdyż ojciec kiedyś wspominał o osuszaniu tutejszej ziemi. Wiedziałem również, że cały teren wokół zarośniętego bajorka nadal był podmokły. Błotko i te sprawy... Błotko i szansa dla mnie.
- Oczywiście, że idę!
Stało się dokładnie tak, jak chciałem. Powiedzmy, że wszystko da się obrócić na własną korzyść, przy odpowiedniej ilości chęci.
Po chwili, gdy ruszyliśmy, natrafiliśmy na piękne bagna. Dokładnie tak, jak przypuszczałem.
Omijaliśmy je jak tylko się dało, lecz niektóre miejsca były całkowicie przesiąknięte. Niestety nie dało się ich nawet obejść, a latać nadal się nie nauczyłem.
W jednym z takich miejsc stanęliśmy.
- No cóż... - powiedziałem, bezradnie wzruszając ramionami. - Nie ma innego wyboru.
Wziąłem Kruczą Gwiazdę na ręce.
Z uśmiechem kroczyłem przed siebie, zadowolony że oto nadszedł czas pierwszego fizycznego kontaktu. Jak wiadomo, to kolejny krok w drodze do zdobycia serca.
Czułem ciepło jej ciała na mojej skórze. Minęło trochę czasu, zanim doszliśmy na miejsce.
- Łee... - wydałem z siebie nieartykułowany dźwięk, dając jej do zrozumienia, jak bardzo jestem zawiedziony. - Zarośnięty? Ale kicha... - zrobiłem kwaśną minę.
Tak naprawdę właśnie tego się spodziewałem. Rzuciłem okiem na Kruczą Gwiazdę.
- Chcesz tatarak? - zapytałem, patrząc na nią, a po chwili podszedłem do skraju stawu.
Spojrzała na mnie zakłopotana. Kocham się wygłupiać i zmieniać swój charakter niczym maskę. Uwielbiam widzieć zmieszanie na twarzach innych... To chyba kompleks wyższości, czy coś...
- Ee, noo... - zaczęła bardzo niepewnie, nie mając pojęcia, co odpowiedzieć. - Przecież i tak zrywając go, wpadłbyś do wody - powiedziała, spoglądając mi w oczy. Uśmiechnąłem się szeroko.
- Nie dowiesz się póki nie spróbujesz! - odpowiedziałem dwuznacznie. - Zresztą nie wiesz nawet ile razy tu wpadałem.
To była szczera prawda. To jedno z moich ulubionych miejsc z dzieciństwa. Często przychodziłem tutaj z dziadkiem, patrząc na zastygłą w bezruchu taflę wody. Kiedy towarzyszył mi także brat, rzucaliśmy razem kamieniami, rozpryskując stoicki spokój chwili.
Uśmiechnąłem się do siebie.
- Ale by było, gdyby dziadek wyszedł teraz na pole. Zdziwiłby się odrobinę. - Powiedziałem, chichocząc.
- Tutaj spędziłem większość czasu, będąc dzieckiem - rzuciłem okiem na jej zamyśloną twarz. - Tam jest dom moich dziadków. - Wskazałem palcem na ścianę drzew.
Po chwili wybuchnąłem donośnym śmiechem, a ona spojrzała się na mnie zdziwiona.
- Nie masz pojęcia ile tu było zabawy! Niedaleko jest taki opuszczony dom z szopą obok. Razem z bratem, siostrą i kolegami zawsze się tam podkradaliśmy. - Zawiesiłem głos, pozwalając wspomnieniom napłynąć. - Głupota! Teraz tak mogę powiedzieć, ale jaki to był zastrzyk adrenaliny dla dziecka... Pewnego razu, gdy odważyliśmy się już wejść do środka w nocy, dostaliśmy się do szopy. Wisiało tam mnóstwo przerdzewiałych narzędzi. - Roześmiałem się. - My, jak to dzieci, wyobrażaliśmy sobie, że to od krwi.
- Od krwi?! - przerwała mi, nie dowierzając. - Mieliście bujną wyobraźnię! - powiedziała głośno.
- Cii... - uciszyłem ją. - Najlepsze dopiero nas czekało. - uśmiechnąłem się do siebie. - Podłoga była drewniana, przykryta słomą, a noc nie pozwalała niczego dojrzeć. W pewnym momencie pod jednym z moich kolegów pękły deski i wleciał do piwnicy. - Spojrzałem na nią.
Oboje wybuchnęliśmy śmiechem. Zaczęliśmy powoli wracać na nasze piknikowe miejsce. Po drodze było jeszcze sporo sytuacji, w których musiałem ją nosić.
Nie powiem, zmęczyłem się tym. Ale, ale! Efekty są przecież najważniejsze.
Dotarliśmy do celu i położyliśmy się na kocu. Niebo było bardzo czyste, aż nazbyt błękitne. W takich chwilach zdaje mi się, że Bóg jednak istnieje i wysłuchuje moich samolubnych próśb pogodowych.
W pewnym momencie wyciągnąłem kartki i ołówki z plecaka. W czasie jednej z rozmów zasugerowała, żebym nauczył ją rysować, dlatego zabrałem wszystko ze sobą. Zamiast tego jednak odpaliła:
- Narysuj mi coś.
- Hm... - udałem chwilowe zamyślenie. - Czy nie mieliśmy robić tego razem? - zapytałem złośliwie.
- Ale ja nie umiem rysować...
- Każdy tak mówi. - Odparłem.
- No prooszę... - patrzyła teraz na mnie wielkimi oczami, wyrażającymi niemą prośbę.
Standardowe próby przekonania mnie... Muszę kiedyś nauczyć się asertywności.
- W takim razie co mam narysować? - odrzekłem, przeklinając moje miękkie serce.
Na moment zapadła cisza.
- Nawet nie wiesz, jak trudno jest wymyślić temat - powiedziała pod nosem.
- Wiem... - odparłem, wzdychając.
Przez chwilę wpatrywałem się w niebo, obserwując chmury, gdy ona zastanawiała się.
W pewnym momencie podała mi kwiatek. Spojrzałem krzywiąc się na widok setki poszarpanych płatków.
- Może jednak ten żółty? - zapytałem błagalnym głosem, wskazując roślinę.
- No dobrze - powiedziała po chwili.
Zacząłem rysować. To jeden z głównych atutów, na które łapię anioły. Nieraz już słyszałem zdania typu: „uroczo wyglądasz z ołówkiem w dłoni“. Nie mam pojęcia, czy coś w tym jest, ale skoro tak mówią kobiety, to czemu miałbym im nie wierzyć? Oczywiście nie jest tak, że biegam, krzycząc "patrzcie, jak zajebiście rysuję" i pokazując wszystkim co robię. Sztuka jest dla mnie czymś najważniejszym w życiu i nie ośmieszałbym w ten sposób moich prac. Mam do nich zbyt duży szacunek.
Kiedy skończyłem, położyliśmy się, przypatrując się naszym twarzom i zbliżając się z każdą chwilą coraz bardziej. Muszę powiedzieć, że figlarny ten aniołek...
Wkrótce słońce przemieściło się tak, że smażyliśmy się w jego promieniach.
Na szczęście stary wyjadacz zawsze ma swój plan awaryjny. Przenieśliśmy się więc w inne, wcześniej wybrane przeze mnie miejsce.
Było tam tak bajkowo, że zbierało mi się na wymioty... Brakowało jeszcze tylko różowych jednorożców i ujeżdżających je wróżek.
Promienie słońca, chylącego się ku upadkowi, przebijały się przez korony brzóz. Tworzyły świetlną mozaikę na naszym kocu. Błękit nieba zdawał się teraz razić w oczy, a wszystko wokół być bardziej zielone. Dla nas jednak to się nie liczyło.
Obserwowaliśmy tylko swoje oczy, z wielką dokładnością pochłaniając każdy najdrobniejszy szczegół, co i raz nieśmiało muskając nawzajem usta.
Z czasem czułe pocałunki zaczęły się wydłużać, a ręce wędrowały coraz dalej.
Dałem jej poczuć całego mnie. Podarowałem poczucie bezpieczeństwa i szczęście, którego szukała.

Wręczyłem jej spełnienie.

Nagle czas przeskoczył. Po tym, jak ukazała mi swoje czarne jak smoła skrzydła, mieniące się w słońcu głębokim szkarłatem, wyrwałem dwa pióra, których lotki wydawały się być najpiękniejsze. Dalej jednak ziała dziura w pamięci. Nie byłem w stanie nawet zauważyć, kiedy dotarliśmy do domu, doszliśmy na przystanek, kiedy wymieniliśmy ostatnie uśmiechy... Obudziłem się, gdy autobus odjeżdżał, a muzykę w słuchawkach zagłuszył dzwonek.
Gdy odebrałem telefon, znów odezwał się znajomy głos:
- Skończyłeś już z nią? Mamy zlecenie na następną...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz