Błękit szkarłatnego nieba
Rozchlapany po chmurach
Wsiąka w ziemię z drewna,
Spływając po ceglanych murach
Straconych nadziei,
Które jeśli wierzyć
Przestarzałym sloganom,
Miały nigdy nie umierać...
Moją rzeźbioną twarzą
Przyszło mi wybierać
Między starymi klifami,
A gwiezdnym pyłem...
Między solnymi skałami,
Na których żyłem
Jak zwykłe drzewo,
A skruszoną ziemią,
W której między piachu drobinami
Zatknąłem, w co wierzyłem...
Teraz klęczę na przesiąkniętym
Drewnie błękitem nieba...
Przestałem wierzyć
Przestałem się bać
Przestałem już żyć
Przestałem poprzestawać...
Więc rzeźbionymi wargami
Uchwyciłem ostry kawałek skały
I pożarłem z bólem łykając...
A srebrny pył wciągnąłem
Jednym tchem pochłaniając
Całe niebo rozgwieżdżone...
Teraz leżę na przesiąkniętym
Drewnie szkarłatem błękitu...
Ze słonym odłamkiem zatkniętym
Głęboko w skrzywionym obliczu...
Witaj,
OdpowiedzUsuńrozejrzałam się trochę u Ciebie, bardzo inspirujące strumienie w głowie Twej...
Ehh, następnym razem przyjdę z lupą :)
Pozdrawiam
do czarnej, niebieskiej, czy różowej czcionki? : D
OdpowiedzUsuńtak, czy inaczej, do kogo byś nie mówiła, lepiej bez lupy ^^ w powiększeniu nie wygląda tak dobrze x)
no fakt masz racje jak by na to nie patrzeć czy z lupą czy bez grafomaństwo pełną parą..
OdpowiedzUsuńprzepraszam za brak talentu :c
OdpowiedzUsuń