*wzdycha*
wczorajszy dzień miał być idealny.
niestety z planów nic nie wyszło. Tłusty Kupiec wystawił mnie, a wieczorem doszło do niemiłej wymiany zdań z... a zresztą, zachowam to dla siebie.
piszę tu, bo wczoraj poczułem coś nowego, innego. sądziłem, że kiedy nadam już cel, do którego mam dążyć, kiedy nadam życiu sens, po prostu będę miał powód, dla którego mogę egzystować.
gówno prawda.
ile powodów by nie znaleźć, to nic nie zmienia.
wczoraj, gdy już zasypiałem, nagle naszła mnie chęć samobójcza...
nie, to nie była myśl typu "ale ja jestem okropny" "ale świat jest okrutny" "ale życie jest wstrętne"
wręcz przeciwnie... wiecie co czułem? przejmującą radość.
że zabijając siebie mógłbym poprawić świat. że wystarczyłoby łyknąć garść prochów, a innym życie by się poprawiło
coraz bardziej pochłania mnie szaleństwo.
dokładnie słyszałem swój własny głos, który w słodkiej intonacji powtarzał coraz głośniej "zrób to"
zatkałem uszy, zwinąłem się w kłębek i powtarzałem, próbując wyprzeć wszystko z głowy słowem "nie"
po jakimś czasie ustapiło...
ciekawe ile jeszcze wytrzymam...
miłość wyniszcza
jakie to słitaśne... jakie to..emo
OdpowiedzUsuńnie znamy się ale czasem czuję to samo, czasem dziękuje ze udaje mi się powstrzymać i czasem czuje złość ze zwlekam, chodzmy
OdpowiedzUsuńja akurat właśnie tego nie chcę. to są takie chwile, w których po prostu wszystko wypływa na wierzch. Poza tym obiecałem sobie nie umrzeć.
OdpowiedzUsuń